Wirus. Najgorszy wróg każdej mamy w okresie jesienno-zimowym. Przygotowują nas na jego nadejście już od pierwszych dni września rozpoczynając emisję reklam najprzeróżniejszych leków. Z telewizorów przedostają się do naszych domów obrazy wyziębionych, osłabionych, kichających, kaszlących i smarkających ludzi. Od dzieci po osoby starsze. Dostaję drgawek na samą myśl, że mogłoby dopaść i nas…

Nie jestem lekarzem, ale wiem, że wirusów jest wiele. Od kiedy zostałam mamą zaczęłam zwracać szczególną uwagę na pewien charakterystyczny typ wirusa, który wywrócił nasze życie rodzinne do góry nogami już kilka dobrych razy. Ten wirus to „all inclusive”.

Wirus „all inclusive” to taki wirus, który myśli, że twój dom to resort na Costa Brava. Nie szczypie się z niczym: wysoka gorączka, duszący kaszel, lawina śluzu z nosa, obolałe ciało, wymioty, biegunka… Wszystko w pakiecie. Gratis.

Powinnam była go wyczuć, gdy wchodził do nas schowany w koronie Pana Kuli, który dzielnie towarzyszy Tymkowi w przedszkolu każdego dnia… W tym roku będę bardziej czujna!

Radzę Wam, abyście bardzo, ale to bardzo uważały na tego wirusa, bo to taki cwaniak. To naczelna bestia wszystkich wirusów i największa udręka matek. Nastawcie się na co najmniej tydzień uziemienia w domu i posługę niczym na dworze królewskim: przypadnie wam gotowanie rosołków i innych zupek, przygotowywanie naparów i parzenie herbatek, podawanie ton chusteczek, robienie okładów i masowanie stópek. A gdy mała istotka nasyci się wszelkimi oznakami opiekuńczości swojej mamy, przejdziecie do męczarni oglądania trylogii Toy Story, trzech części Aut i całej reszty klasyków Disneya. Ale najgorsze nie jest to. Najgorsze jest to, że gdy z wycieńczenia z konieczności sprowadzicie do dziecka babcię, by potowarzyszyła jemu podczas kiedy wy pobiegniecie zrobić zakupy… po powrocie zastaniecie biednego malucha umazanego po same łokcie od jagód, w bałaganie świadczących o tym, że przez mieszkanie przeszło tornado, z telefonem przy uchu, przymuszonym do rozmowy z przyjaciółką „słodkiej babci”.

I kiedy już myślicie, że wszystko jest znów pod kontrolą, bo gorączka ustąpiła, dziecko przestało wymiotować, odzyskało apetyt, a nawet zaczęło się uśmiechać… wtedy nastąpi finał z fajerwerkami… wirus „all inclusive” przejdzie na męża. Jak „all” to „all”.

 

Średni czas trwania wirusa „all inclusive”: Minimum 5 dni (i to przy sporym szczęściu).

Poziom niebezpieczeństwa: 8 na 10 (jak się dobrze nie zaopiekujesz, to dopiero będzie!).

Poziom cierpienia: 10 na 10 (dla biednego chorego i dla biednej matki).

Sposoby leczenia: Wszystkie możliwe. Nawet pediatrzy łamią głowę, gdy melduje się „all inclusive”.

PODZIEL SIĘ ZE ZNAJOMYMI

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Instagram

  • Dzisiaj zrobiliśmy sobie wolne od przedszkola. Raz na jakiś czas warto zwolnić, żeby nacieszyć się tymi, których kochamy najbardziej. #sokjabłkowy #cappuccinodlamnie #slowlife #dziurawspodniachmusibyć
  • Moja największa motywacja! Przy wsparciu takiego wspaniałego Małego Mężczyzny wszystko wydaje się "do zrobienia"! Trzymajcie za mnie kciuki :http://www.mamyrade.pl/2017/10/10/mam-35-lat-i-ide-na-studia/
#studiapo30 #psychologiazdrowia #swpswarszawa #mamastudentka
  • Ćwiczymy metodę zielonego ołówka. Nie ma nic lepszego od motywowania za pomocą wyróżnienia! Pierwsze literki i cyferki za nami. Jeśli chcecie dowiedzieć się czegoś więcej na temat metody zielonego ołówka, zajrzyjcie na bloga www.mamyrade.pl #motywowaniedzieci #zielonyołówek #metodazielonegoołówka #szczęśliwedziecko #mądryrodzic 
Fotografia: Eliza Radzikowska
Eliwja Photography
Fotograf Rodzinny
  • Każdą sobotę zaczynamy od wypicia zielonego koktajlu na odporność. Przepis już niedługo na blogu. #sobotarazem #zielony koktajl #koktajldlacalejrodziny #niedamysiewirusom #uszak #nauszakunajwygodniej

Obserwuj mnie!